Ford kontra Cadillac: Amerykańska wojna o F1 nabiera rumieńców
Wygląda na to, że Formuła 1 szykuje się na coś ostrzejszego niż degradacja opon: klasyczną, detroitowską wojnę na uszczypliwości i pogardę. Choć do sezonu 2026 został jeszcze ponad miesiąc, Ford i Cadillac (General Motors) już publicznie kpią z siebie nawzajem, walcząc o miano „prawdziwszego” amerykańskiego reprezentanta w królowej motorsportu.
Pierwszy cios zadał Dan Towriss, szef projektu Cadillac F1, który z wyższością stwierdził, że zaangażowanie jego marki i Forda to dwa zupełnie różne światy. Według niego współpraca Forda z Red Bullem to wyłącznie napompowana akcja marketingowa, sprowadzająca się do przyklejenia drogiej naklejki na bolidzie Maxa Verstappena. Cadillac natomiast kreuje się na pełnoprawny zespół fabryczny, budujący wszystko od podstaw i mający realną kontrolę, a nie tylko wykupujący miejsce na reklamę.
Odpowiedź Forda była, jak można się było spodziewać, bezlitosna. William Clay Ford Jr., prezes Forda, przyznał, że po usłyszeniu słów Towrissa po prostu wybuchnął śmiechem, nazywając je absurdalnymi. Nie omieszkał wytknąć niewygodnego faktu: do 2028 roku „dumnie amerykański” Cadillac będzie jeździł z silnikiem Ferrari. „Korzystają z silnika Ferrari, a nie Cadillaca. Nie wiem nawet, czy mają choć jednego pracownika GM w zespole” – ironizował Ford, podkreślając, że współpraca Forda z Red Bullem skupia się na rozwoju nowej generacji jednostki napędowej.
Prezes Forda, Jim Farley, dolał oliwy do ognia, stwierdzając, że rywalizacja z Cadillakiem jest „śmieszna” i nie zasługuje nawet na komentarz. Według Farleya prawdziwe rywalizacje rodzą się latami na torze, a nie przez machanie strategią korporacyjną i workami pieniędzy. Dopóki Cadillac nie przejedzie choćby metra po torze F1, Ford za swoich prawdziwych rywali uznaje Ferrari i Mercedesa. Wygląda na to, że giganci z Detroit znaleźli sobie nowe piaskownice do wzajemnego podkładania sobie nóg – a dla kibiców to czysta rozrywka.